Wszystko BARDZIEJ. Jak przestałem przepraszać za kolory i polubiłem swoje spektrum

,

,

Pamiętacie lata 80. i 90.? Ja pamiętam je jako czas definiowania się przez uniform. Moim była czerń. Długie włosy, sprane czarne dżinsy i obowiązkowa koszulka Metalliki. Choć już wtedy pod skórą czułem palącą potrzebę niezależności, paradoksalnie szukałem schronienia w grupie. Czerń była kodem dostępu, sposobem na powiedzenie: „jestem stąd”, a jednocześnie pancerzem, który miał chronić moją nadwrażliwość przed światem. Myślałem, że tak właśnie wygląda męskość – jest surowa, ciężka i nie znosi sprzeciwu.

Dziś wiem, że ta czerń, choć wtedy dawała mi poczucie przynależności, z czasem stała się klatką.

Spotkania, które skruszyły pancerz

Moja transformacja nie była nagłym błyskiem. To był proces, w którym kolejne cegiełki dokładały niezwykłe kobiety.

Najpierw pojawiła się Joanna Ławicka. Każde spotkanie z nią było jak lekcja patrzenia na siebie bez filtra. Joanna to rzadki typ – niezwykle inteligentna, dojrzała, a jednocześnie posiadająca tę niesamowitą, niemal dziecięcą zdolność do „wskoczenia w rwącą rzekę”. Obserwowanie, jak potrafi chlusnąć się w nurcie chwili, cieszyć się detalami i być w tym totalnie autentyczną, było dla mnie jak patrzenie w lustro, którego wcześniej się bałem. To Joanna pokazała mi, że „gram w tym samym zespole” – zespole Aspergera. I że ten zespół nie gra żałobnego marsza, tylko skomplikowaną, wielobarwną symfonię.

Potem była Olga Ślusarczyk z Muukreacje. Nasza relacja zaczęła się od biznesu, ale Olga szybko uświadomiła mi, że kolor to coś więcej niż pigment na tkaninie. Słuchałem o jej misji wyciągania kobiet z życiowego cienia i nagle dotarło do mnie, że ja robię sobie dokładnie to samo. Kiedy po raz pierwszy założyłem jej kolorową koszulkę i spojrzałem w lustro, nie zobaczyłem przebierańca. Zobaczyłem faceta, który w końcu przestał się chować. To Olga nauczyła mnie, że ten mój stary, „bezpieczny” czarny ciuszek nadaje się głównie do tego, żeby go z szafy po prostu wypierdolić.

I w końcu Ola, moja partnerka. To ona miała odwagę nazwać rzeczy po imieniu i popchnąć mnie w stronę diagnozy. Ola ma syna w spektrum, więc moje „książkowe” zachowania, upór czy brak kompromisów nie są dla niej czarną magią, choć wiem, że życie ze mną to czasem ekstremalna wyprawa. Razem szukamy kolorów dla faceta – co w świecie „fabryk szarości” graniczy z cudem, niemal jak konstruowanie kwantowej maszyny czasu. Ale ta walka o kolor stała się naszą wspólną sprawą. Nawet jej szafa zaczęła już tracić swój mroczny charakter.

Wszystko BARDZIEJ: Dar i Klątwa

Dla faceta w spektrum świat nie ma filtrów. Kiedy wychodzę na ulicę pełną ludzi, nie widzę po prostu tłumu. Widzę tysiące mikro-ekspresji, słyszę setki nakładających się rozmów, analizuję emocje przechodniów, ich kroki, zapachy. Mój mózg nie potrafi tego „przesiać”. Każdy detal jest ważny, każdy wymaga analizy i znalezienia rozwiązania. To jest wchłanianie świata w jakości 4K, bez możliwości ściszenia dźwięku.

Czy kolory mnie przeboćcowują? Tak. Czy to siedzi mi potem godzinami w głowie? Oczywiście. Czasami system po prostu nie daje rady i następuje meltdown – bezpiecznik wyskakuje, a organizm odcina zasilanie. Ale akceptuję to. Bo wolę to „wszystko bardziej” – te wibrujące kolory, intensywne smaki i emocjonalną głębię – niż powolne umieranie w szarym, bezpiecznym kokonie.

Męskość w pełnym spektrum

Dziś moja szafa to poligon doświadczalny. Wybieram różnorodność, bo im bardziej jestem świadomy swojego „ja”, tym bardziej świadomych ludzi chcę wokół siebie. Ludzi, którzy nie boją się, że kolorowa bluza odbierze im siłę.

Prawdziwa męskość to nie jest zdolność do wtopienia się w tło. Prawdziwa męskość to odwaga do pokazania światu swojej unikalnej architektury, nawet jeśli dla kogoś jest ona „zbyt głośna”.

Bądźcie kolorowi. Bądźcie „bardziej”. Świat i tak będzie patrzył – dajcie mu więc coś, co zapamięta.